© Władysław Bartoszewski
Warszawa 2006-2017
All rights reserved

Administracja serwisu:
Mariusz Kubik

Stowarzyszenie Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego

Stowarzyszenie RWE im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego / www.wolnaeuropa.pl



Materiały - zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki, zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).


Blog > Komentarze do wpisu
Nie chciałem umrzeć w kraju, w którym szaleją dewianci (I)

  

“Polska” (Warszawa)

Nr 17 / 3. – 4. 11. 2007 r.

- Co Pan Profesor czuł, kiedy po ogłoszeniu wyniku wyborów Donald Tusk zameldował Panu Profesorowi, że przyzwoitość się opłaciła i wygrała?

WŁADYSŁAW BARTOSZEWSKI: - Te słowa zupełnie mnie zaskoczyły. Na wyniki wyborów czekałem w domu. Jak wielu Polaków późno w nocy oglądałem telewizję, byłem już zmęczony. Nawet nie byłem pewien, czy doczekam do tego show. Wszyscy w Polsce mieliśmy tamtego dnia podobne doświadczenia z powodu zadziwiającego braku wyobraźni co do ilości kart do głosowania potrzebnych w lokalach wyborczych. Zresztą nawet nie wiedziałem, co za show, co za spotkanie przyszykowano po ogłoszeniu wstępnych wyników. Zachowanie Donalda Tuska w tym większym stopniu mnie zelektryzowało, adrenalina skoczyła. Poczułem się pobudzony pozytywnie, bo trzeba sobie powiedzieć otwarcie, że każdy lubi usłyszeć o sobie coś życzliwego.

- Na pewno znaleźliby się politycy, którzy woleliby odegrać rolę skromnisiów, spuszczając wzrok i zapewniając, że wszystko czynią wyłącznie dla Polski.

- Ludzie, którzy twierdzą, że pochlebne słowa są im obojętne, to obłudnicy, ponieważ - powtarzam - każdy lubi usłyszeć o sobie coś pozytywnego, miłego, dobrego. Zwłaszcza jeżeli pochwała jest w dodatku bezinteresowna. Bo co zyskał Donald Tusk wymieniając człowieka, dzięki któremu już po zakończeniu kampanii nic zdobyć ani załatwić nie może? Jedyne, co zyskał, to u jednych poklask, a u drugich - wściekłość. A zatem nie można tu wskazać na żadną wymierną, praktyczną korzyść. Mówiąc bardziej precyzyjnie, to była bezinteresowna wdzięczność, życzliwość okazana przez przedstawiciela dużo młodszego ode mnie pokolenia, przez Donalda Tuska, który z powodzeniem mógłby być moim synem. To była wdzięczność okazana człowiekowi staremu, który świadomie odchodzi z życia publicznego i nie pretenduje do żadnych stanowisk i funkcji. To był po prostu piękny wyraz poczucia hierarchii ważności, przyzwoitości, umiejętności bycia.

A to wszystko jeszcze na tle ostatnich dwóch lat w naszym kraju, gdy mnie stopniowo odzwyczajano od zachowań na poziomie, którego zwykło się oczekiwać od intelektualnych elit. Gdy dowiadywałem się z gazet, że należę do grona podejrzanych zdrajców Polski albo przestałem być czyimś znajomym. Tak, na tym tle zachowanie Donalda Tuska musiało na mnie podziałać bardzo sympatycznie. Patrzyliśmy z żoną na wieczór Platformy i oboje byliśmy do pewnego stopnia wzruszeni tym zupełnie nieoczekiwanym akcentem pod moim adresem.

- Lider PO miał za co dziękować. Poparcie Pana Profesora okazało się być może rozstrzygające dla wielu wahających się wyborców.

- Jeżeli chodzi o istotę merytoryczną tego podziękowania, moje zasługi zapisałbym w wiele znaczącym cudzysłowie. Dopiero w ostatnich dniach uświadomiłem sobie, patrząc w kalendarz, że do drugiej połowy września nie zrobiłem absolutnie nic publicznie, co miałoby służyć jakiemukolwiek startującemu w wyborach ugrupowaniu. Owszem wypowiadałem się na różne tematy, ale nie wymieniałem ani żadnych partii, ani nawet nie mówiłem, na kogo będę głosował. Tych wątków nie ma w moich wypowiedziach do około dwudziestego któregoś września.

29 września pojechałem do Krakowa na uroczystość odsłonięcia tablicy poświęconej pamięci mojego przyjaciela Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Tamto wydarzenie miało wprawdzie charakter publiczny, ale niepartyjny, choć inicjatorzy akurat wywodzili się z kół związanych z Platformą. Przedsięwzięcie narodziło się, zanim jeszcze w ogóle zaczęło się przebąkiwać o przyspieszonych wyborach. Poza tym w ceremonii uczestniczyły także władze miasta Krakowa reprezentowane przez radnych i prezydenta, który - jak wiadomo – nie jest ani z Platformy, ani z Prawa i Sprawiedliwości.

- A tego samego dnia odbywała się konwencja PO w Krakowie...

- Tak, i nie ukrywam, że mam w tym ugrupowaniu przyjaciół, co nie znaczy, że są moimi przyjaciółmi, dlatego że należą do Platformy. Przytoczę przykład Jarosława Gowina, którego znam od lat jako redaktora naczelnego miesięcznika “Znak". To zaś znaczy, że w grę wchodzą kontakty środowiskowo-genealogiczne, a nie partyjno-programowe. W późniejszych latach miałem z nim do czynienia także jako rektorem Wyższej Szkoły Europejskiej im. Józefa Tischnera. Jestem członkiem Rady Patronackiej tej uczelni, obok zresztą innych postaci. Dlatego znów trzeba mówić o kontaktach pozapolitycznych.

- Trudno jednak zaprzeczyć, że poparł Pan Profesor Jarosława Gowina jako polityka ubiegającego się o poselski mandat.

- Okazało się bowiem, że pan Gowin wstępuje w szranki polityczne, na dodatek w lokalnej konkurencji z panem Ziobro. Pan Ziobro nie jest ani moim bliskim, ani dalszym znajomym, aczkolwiek się z nim witam i nie mam nic do niego. Jednak ze względów estetycznych postanowiłem poprzeć pana Gowina, co nie miało większego znaczenia globalnego, bo jeden i drugi do parlamentu i tak by wszedł.

- Tak zatem trafił Pan Profesor na konwencje Platformy

, która - znów nie ma wątpliwości - miała charakter czysto polityczny.

- Tak, pierwotnie miałem zamiar ukłonić się wszystkim, podać rękę panu Gowinowi i oświadczyć, że się cieszę z jego kandydatury, bo jest człowiekiem mego zaufania. Gdybym wybierał w Krakowie, to bym oddał głos na niego, ale skoro w Krakowie nie wybieram, w takim razie życzę mu wszystkiego dobrego...

- ...a skończyło się na emocjonalnym wystąpieniu Pana Profesora, które odbiło się stukrotnym medialnym echem.

- Powtarzam, że pierwotny pomysł na moje wystąpienie był zupełnie inny. Ale stojąc za kulisami i czekając na wejście, zorientowałem się, że cała konwencja przebiega w atmosferze, którą - delikatnie rzecz biorąc - trzeba by nazwać letnią. A ja uważam, że każda forma działania publicznego ma własną poetykę. Inna jest poetyka koncertu Chopina, inna Szymanowskiego, jeszcze inna koncertu muzyki nowoczesnej, popowej, rockowej. Inna jest poetyka konkursu recytatorskiego, a inna - wiecu przedwyborczego.

Ale wróćmy do konwencji Platformy w Krakowie. Atmosfera, powtarzam, była letnia. Ja nie miałem zamiaru powiedzieć nic szczególnego, ale chciałem mówić w takim stylu, po jaki należy sięgać na spotkaniach przedwyborczych. Zresztą i miejsce było szczególne, ponieważ impreza odbywała się w wynajętej sali Filharmonii, gdzie poprzednio mieściło się kino Świt. Ta przestrzeń od dziesiątków lat służyła różnym zebraniom i zgromadzeniom, także politycznym. Dlatego też postanowiłem zaimprowizować do obecnych na konwencji PO zupełnie inne przemówienie.

Opowiedziałem im, że w 1945 r. w tym miejscu byłem świadkiem poruszającego wydarzenia, które stało się dla mnie przeżyciem współformułującym ważne decyzje. Mianowicie na tę salę, podczas spotkania Polskiego Stronnictwa Ludowego, wniesiono na fotelu przywiezionego z krakowskiego szpitala bonifratrów schorowanego Wincentego Witosa, premiera Polski podczas wojny z bolszewikami w 1920 r. Za kilka tygodni przywódca ludowców zmarł, ale wtedy, choć osłabiony, jeszcze starał się być aktywny. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem go z bliska, prawie na wyciągnięcie ręki. Witos mówił, czym dla niego jest Polska. Ówczesna Polska – zalana przez Armię Czerwoną i sojuszników Związku Radzieckiego z szeregów PPR, milicyjnych i ubowskich. To wtedy, na tym spotkaniu, wybrałem polityczną drogę w ramach PSL.

Dlatego też na konwencji Platformy w 2007 r. wspominałem wielkie słowa wielkiego Polaka wypowiedziane w tym miejscu. Podkreśliłem, że genius loci jest tym, co powinno nas uskrzydlić. Mówiłem, że ponosimy ogromną odpowiedzialność za wszystko, co robimy. Także wybory wiążą się z odpowiedzialnością. Powiedziałem mnóstwo różnych rzeczy, że np. nie chcę umrzeć w kraju, w którym szaleją dyplomatołki i dewianci.

- No i rozszalała się burza...

- Przyznaję, że wystąpienie w Krakowie przyniosło całkowicie nieoczekiwane skutki. Nieoczekiwane, albowiem ujawniło się wielu adresatów moich słów o dyplomatołkach i dewiantach, chociaż nikogo z imienia i nazwiska, z urzędu albo z funkcji nie wymieniłem. Ostro skrytykował mnie chociażby premier Kaczyński, o którym w ogóle nie mówiłem ani po nazwisku, ani po urzędzie. Szef rządu nie był przedmiotem moich rozważań. Ale poczuł się osobiście dotknięty. Nie wiem jednak, którą kategorię miał na myśli - dewiantów czy dyplomatołków? Moim zdaniem odpada kategoria druga, ponieważ Jarosław Kaczyński nigdy nie był dyplomatą, nie pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, jako poseł nie działał w sejmowej komisji spraw zagranicznych. Dlatego też pod tym kątem nie mogłem premiera oceniać.

- Pozostaje zatem kategoria jeszcze gorsza, czyli dewianci.

- A co do dewiantów, już wyjaśniłem dziennikarzom, że dewiacja jest odchyleniem od normy postępowania. Oznacza właśnie tyle - koniec i kropka. Dewiacje mogą dotyczyć przeróżnych dziedzin życia: postępowania wobec ludzi, sposobu wysławiania się itd. Można się zachowywać niestosownie dla własnego wykształcenia, powołania czy wieku. Z inną dewiacją będziemy mieć do czynienia w przypadku postępowania kierownika katedry na uniwersytecie, a inną - w przypadku gospodarza na wsi. Otóż za dewiację uważałem zachowanie członka rządu, który w 2006 r. publicznie, wobec Europy i całego świata, obwinił ponad połowę polskich ministrów spraw zagranicznych o współpracę z obcą agenturą. To była właśnie klasyczna dewiacja, odchylenie od postępowania wymaganego od ministra, członka rządu, szefa czy potencjalnego szefa służb specjalnych.

Mam zresztą wrażenie, że i tak mówiłem oględnie. Bo wskazałem na dewiację tam, gdzie mieliśmy do czynienia z ewidentnie złą wolą, agresją, pomówieniami, zniesławieniem. I to bez sprostowania.

Taką dewiację miałem na myśli, a odezwał się pan premier... To mnie wszystko speszyło i w kolejnym wystąpieniu wytłumaczyłem, że od czasów gimnazjalnych bardzo lubiłem Kornela Makuszyńskiego i jego opowieści dla dzieci i młodzieży. Lubiłem chociażby Jacka i Placka, a także Koziołka Matołka. To miła, sympatyczna postać, chociaż akurat nie zajmowała się dyplomacją. Tu nawet nie ma mowy o specjalnie negatywnym kontekście, ale skoro ktoś w tym dopatruje się przewrotnych zamiarów, to chciałbym zwrócić uwagę na ostatni cykl ilustracyjno-dziecięcy Kornela Makuszyńskiego, przygotowany wspólnie z wybitnym grafikiem Marianem Walentynowiczem. Chodzi naturalnie o przygody małpki Fiki - Miki. I właśnie podczas jednego z moich kolejnych wystąpień, już nie w Krakowie, ale w Warszawie, zacytowałem: “Na nic płacze, na nic krzyki,koniec przygód Fiki-Miki". To nie ja napisałem, to Makuszyński. Zabawiłem się tym cytatem, kiedyś przecież studiowałem polonistykę... Ale zrobił się rozgłos ogólnokrajowy. Zaczęto interpretować i nadinterpretować, przychodzili do mnie najdziwniejsi ludzie i pytali o ukryte dno. Już sam nie wiem, czy nie utworzono czasem grupy do zdeszyfrowania pojęcia “Fiki-Miki". Nie wykluczam tego, bo należę przecież do wrogich sił…

Ciąg dalszy – część II

poniedziałek, 05 listopada 2007, wbartoszewski

Polecane wpisy

  • To nie mój styl, żeby się kłócić z sąsiadami

    “Dziennik” (Warszawa) Nr 273 / 22. 11. 2007 r. Jędrzej Bielecki: Jako sekretarz stanu w kancelarii premiera ma pan zajmować się rozwiązaniem najpowa

  • Meserszmit o kobietach (I)

    “Gala” (Warszawa) Nr 46-47 (306) / 12.-25. 11. 2007 r. LAUREAT RÓŻY RÓŻ: Władysław Bartoszewski - Ma 85 lat i tak imponujący życiorys, że nie musi o

  • Meserszmit o kobietach (II)

    “Gala” (Warszawa) Nr 46-47 (306) / 12.-25. 11. 2007 r. PIOTR MUCHARSKI: Kiedy pracował pan już w wolnej Polsce jako minister spraw zagranicznych, m