© Władysław Bartoszewski
Warszawa 2006-2016
All rights reserved

Administracja serwisu:
Mariusz Kubik

Stowarzyszenie Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego

Stowarzyszenie RWE im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego / www.wolnaeuropa.pl



Materiały - zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki, zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).


Blog > Komentarze do wpisu
Ludzie dobrej woli, łączcie się (I)

“Gazeta Wyborcza” (Warszawa)

Nr 228 / 29.-30. 09. 2007 r.

Liczba ludzi pogubionych w nowych realiach jest u nas zgodna z normą europejską. Też mamy nasze 25-30 proc., a nawet trochę mniej. I jak tu nie być dumnym z ojczyzny?

KATARZYNA JANOWSKA, PIOTR MUCHARSKI: - Panie profesorze, czy warto być przyzwoitym w polityce? Czy to słowo w odniesieniu do polityki ma jakiś sens?

WŁADYSŁAW BARTOSZEWSKI: - Zależy od punktu widzenia. Jeśli przyjrzymy się politykom w różnych krajach, to widać, że nie jesteśmy samotną wyspą w zakresie nonsensów. Bywają kraje, jak piękna Italia, w których urzędujący premier zmienia prawo tak, aby nie można go było ścigać za czyny kryminalne. Na dodatek był właścicielem głównych stacji telewizyjnych, które miały za zadanie zajmować się przede wszystkim promocją jego osoby. Nasi politycy jednak do tego nie doszli.

Pytanie, czy na działalność publiczną polityk patrzy w kategoriach jednej kadencji parlamentu, czy w dłuższej perspektywie? Jeżeli komuś zależy na korzyściach materialnych, to niekiedy kończy przejściowo w areszcie, zazwyczaj nie na długo, bo w tych sferach jeden drugiemu łba nie urwie. W takich przypadkach o przyzwoitości oczywiście nie może być mowy. Jeżeli natomiast ktoś idzie do polityki w przekonaniu, że zmieni otaczający świat lub chociaż region, miasto, województwo - to oczywiście doznaje bardzo wielu goryczy i zawodów, majątku się nie dorobi, ale za to może mieć satysfakcję, że zrobił coś dobrego.

Gdybym był młodszy, kto wie, może próbowałbym znowu pójść w senatory - nie dlatego, że to ładnie brzmi, ale dlatego, że mógłbym mieć na coś wpływ. Jako senator z okręgu Warszawa zajmujący się sprawami zagranicznymi miałem bardzo żywe stosunki międzynarodowe w całej Europie Wschodniej i Zachodniej i mam sygnały, że ludzie to pamiętają, ergo - było warto.

Myślę, że takie doświadczenia ma wielu byłych posłów i senatorów, że wymienię tylko mojego ulubionego studenta historii z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Bogdana Borusewicza, który w kilku kadencjach parlamentu i rządu zajmował różne stanowiska. Nie mam wątpliwości, że ten polityk i jemu podobni jest dowodem na to, że przyzwoitość jest obecna w polityce.

- Zważywszy na to, że panu profesorowi czas płynie w innym tempie niż zwykłym śmiertelnikom, wiekiem nie może się pan zasłaniać. Może jednak warto iść w senatory?

- U mnie rzeczywiście wszystko postawione jest na głowie. Zacząłem karierę publiczną dopiero w 68. roku życia, czyli w wieku emerytalnym. Od tej pory, tak się złożyło, że byłem ambasadorem, ministrem, senatorem, ponownie ministrem, a po drodze rok emerytem. Po drugim ministrowaniu jestem tylko prywatnym staruszkiem, ale pewne funkcje społeczne dalej spełniam. Przywiązuję wielką wagę do działań w Międzynarodowej Radzie Oświęcimskiej czy Radzie Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa.

Wcale nie taję, że podejmowałem nieoficjalną akcję interwencyjną na rzecz doprecyzowania nazwy byłego niemieckiego, hitlerowskiego obozu koncentracyjnego. Cieszyłem się niezmiernie, że moje wysiłki w jakimś stopniu przyczyniły się do dobrego wyniku.

- Rozmawiamy w czasie wyborczym. Wielu Polaków nie może się zdecydować, na jaką partię głosować. Mamy jednak wrażenie, że większość chętnie zagłosowałaby na partię Bartoszewskiego, gdyby taka istniała. Pofantazjujmy więc Jakie kryteria trzeba by spełnić, żeby zapisać się do pańskiej partii?

- Drodzy państwo, właśnie dlatego nigdy nie miałem pokusy ani zakładania partii, ani czynnego działania w już istniejących, choć są takie, które cenię. Partie z definicji dzielą, a ja lubię budować mosty między ludźmi.

Nie bardzo widzę siebie w miejscu, w którym wszyscy myślą identycznie, maszerują identycznie i śpiewają unisono hymn partyjny Czuję się w jakimś stopniu uczestnikiem krajowej i międzynarodowej partii ludzi dobrej woli, tolerancyjnych i życzliwych innym. Nie cierpię nienawiści i nadczujności, niezależnie od tego, czy ma podłoże klasowe, rasowe czy partyjne.

Kiedyś mnie zapytano, czy można mnie wybić z tej otwartości na innych i czymś mnie obrazić. Odpowiedziałem dziennikarzowi taką przypowieścią: "A czy jak pana pijany obrzyga w autobusie, to pan jest obrażony?". Otóż mnie nie można obrazić, można mnie obrzygać. (oklaski)

Obrazić mógłby mnie ktoś, kogo bym znał, szanował i na kim bym się zawiódł, kto by świadomie formułował obelgi i pomówienia pod moim adresem. Ale to mi się jakoś w życiu nie przytrafiło.

- A jeśli premier mówi, że uprawiał pan politykę zagraniczną na czworakach, to pana obraża czy nie?

- Mnie nie, bo ja nigdy w tej pozycji nie prowadziłem rozmów, (śmiech) więc nie czuję się zainteresowany. (oklaski) Bardzo przepraszam, ale ja akurat nie mam powodu, żeby mieć kompleksy na temat wzrostu. Już pewnie nie mam 184 cm, bo troszkę się przygarbiłem, ale zawsze jest to trochę więcej od mini, mini, prawda? (śmiech).

Co do metody uprawiania polityki zagranicznej, to muszę szczerze powiedzieć, że z trudem rozumiem, czego chcą politycy, którzy szkalują całą historię Polski po 1989 roku. Nie twierdzę, że nie ma żadnych podstaw, aby patrzeć krytycznie, a nawet samokrytycznie na własne działania sprzed kilkunastu lat. Nie byłbym chrześcijaninem, gdybym uważał, że nie popełnialiśmy błędów, ale nie rozumiem tej pasji samozniszczenia.

Państwo, które po kilkudziesięciu latach uzależnienia od obcego mocarstwa odzyskuje suwerenność, reorientuje swoją politykę zagraniczną, od roku 1989 zawiera traktaty i układy z wieloma kluczowymi krajami Europy i świata, które od roku 1993 czyni formalne starania o wejście do NATO uwieńczone w ciągu sześciu lat powodzeniem, a po dziesięciu latach starań staje się członkiem Unii - chyba nie ma się czego wstydzić.

Przeczytałem nie tak dawno, że na bardzo niekorzystnych warunkach zawarliśmy traktat z Niemcami w roku 1991. A przecież w tym traktacie Niemcy przypieczętowali utratę ponad 100 tys. km terytorium, do których ich społeczeństwo miało konkretne odniesienia historyczne i uczuciowe. Traktat zawierał jeden z najwybitniejszych znawców prawa europejskiego, profesor Skubiszewski, który do dziś jest w Hadze jednym z uznanych, wybitnych autorytetów.

Mówi się teraz, że Niemcy odwrócili się od nas i przestali się nami interesować. Bardzo przepraszam - 28 kwietnia 1995 roku polski minister spraw zagranicznych Władysław Bartoszewski przemawiał 59 minut w Bundestagu, o czym Niemcy do dziś pamiętają, a Polacy już dawno zapomnieli. A w lipcu 1995 roku kanclerz Niemiec Helmut Kohl przyjechał do Polski z wizytą i był w Oświęcimiu, w moim towarzystwie, bo mu sam powiedziałem: "Musimy pojechać do Oświęcimia". "Przecież już tam byłem" - odparł. "Ja też tam byłem!" - przypomniałem mu (śmiech, oklaski). Trzeba podać dyplomatyczne wyjście każdemu, żeby mógł twarz zachować. (oklaski)

Niedawno rząd uznał, że optymalnym rozwiązaniem były decyzje nicejskie dotyczące proporcji i porządku głosowań w Unii. Będący dziś u władzy politycy zapomnieli, że sukces w Nicei miał miejsce za rządów Jerzego Buzka, że ministrem spraw zagranicznych był wówczas Władysław Bartoszewski, a sekretarzem stanu do spraw integracji europejskiej Jacek Saryusz-Wolski, czyli ci, o których dziś się mówi, że prowadzili politykę na kolanach.

Kiedy prezydent Kaczyński prowadził negocjacje z Unią, to jedna z posłanek, obdarzona dobrym sercem, mówiła: "Pan prezydent pod koniec rozmów był szary na twarzy, było widać wyczerpanie". No, proszę państwa! Ja w roku 2000 miałem 78 lat i chociaż nie spałem przez kilkadziesiąt godzin, to nigdy się nie skarżyłem najpiękniejszym nawet posłankom czy dziennikarkom, że słabnę. (śmiech)

Pytam dalej, retorycznie, skąd ta pasja niszczycielska, która kazała wysokiej rangi urzędnikowi oświadczyć, że większość polskich ministrów spraw zagranicznych była obcymi agentami? Cały świat usłyszał taką informację od zastępcy ministra obrony narodowej. I my po czymś takim chcemy, żeby świat nas szanował, miał do nas zaufanie, ujawniał nam jakieś tajemnice? Jeżeli nasz kraj, jak wynikało z tego oświadczenia, w ciągu 16 lat (dopóki nie nastąpił cud wyborów 2005 roku) produkował głównie agentów, to gdybym był politykiem zachodnim, powiedziałbym: "Ostrożnie z nimi".

Spędziłem 6,5 roku w komunistycznym więzieniu i wiem, że w pewnej grupie młodocianych kryminalistów istnieje skłonność do samookaleczeń. Jeżeli jednak taką dewiację uprawia minister, a akceptuje ją premier i pani minister spraw zagranicznych, to znaczy, że granice między politycznym zdrowiem i chorobą niebezpiecznie się zacierają.

Ciąg dalszy – część II

wtorek, 02 października 2007, wbartoszewski

Polecane wpisy

  • To nie mój styl, żeby się kłócić z sąsiadami

    “Dziennik” (Warszawa) Nr 273 / 22. 11. 2007 r. Jędrzej Bielecki: Jako sekretarz stanu w kancelarii premiera ma pan zajmować się rozwiązaniem najpowa

  • Meserszmit o kobietach (I)

    “Gala” (Warszawa) Nr 46-47 (306) / 12.-25. 11. 2007 r. LAUREAT RÓŻY RÓŻ: Władysław Bartoszewski - Ma 85 lat i tak imponujący życiorys, że nie musi o

  • Meserszmit o kobietach (II)

    “Gala” (Warszawa) Nr 46-47 (306) / 12.-25. 11. 2007 r. PIOTR MUCHARSKI: Kiedy pracował pan już w wolnej Polsce jako minister spraw zagranicznych, m