© Władysław Bartoszewski
Warszawa 2006-2017
All rights reserved

Administracja serwisu:
Mariusz Kubik

Stowarzyszenie Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego

Stowarzyszenie RWE im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego / www.wolnaeuropa.pl



Materiały - zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki, zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).


Blog > Komentarze do wpisu
Bartoszewski bój się Boga! (III)

„Twój Styl” (Warszawa)

Nr 5 (202) / maj 2007 r.

- Do obozu koncentracyjnego trafił Pan jako 18-latek...

- Stałem się numerem 4427. W roku 1940. Oświęcim nie był jeszcze obozem zagłady. Nie działały komory gazowe, nie było masowej eksterminacji. Zachorowałem, być może dzięki temu przeżyłem. Potem chorzy więźniowie niemal automatycznie trafiali do gazu.

- Mówi Pan o sobie: Jestem optymistą katastroficznym. Podobno kiedy pojawia się problem, powtarza Pan żonie: W Oświęcimiu było gorzej. Skąd taki pogodny dystans?

- W Oświęcimiu najtrudniej w życiu było mi być optymistą. Ciężko być wesołym, kiedy widzi się, jak mordują człowieka, dławią trzonkiem łopaty, skaczą po twarzy albo wbijają strzykawki w serce. Wychodzę jednak z założenia, że optymiści i pesymiści żyją tak samo długo, tylko optymiści przyjemniej. I że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Wtedy radością było najeść się, dostać talerz zupy, w Boże Narodzenie zaśpiewać po cichu zakazaną kolędę. Radością było też spotkać się z życzliwością ludzi. Więźniowie zajmowali się mną, kiedy przez 11 dni byłem nieprzytomny. Myli mnie, karmili. Bezinteresownie uratowali mi życie.

- Opowiadał Pan, że po wyjściu z Oświęcimia nie mógł dojść do siebie przytłoczony koszmarem z obozu.

- Bywało mi bardzo ciężko, ale nie manifestowałem przygnębienia, bo dla młodego mężczyzny to nie honor rozdrapywać rany. I to nie ode mnie rodzice dowiedzieli się o koszmarach Auschwitz. Kiedy dzięki interwencji Czerwonego Krzyża udało mi się cudem opuścić obóz, ich troska o moje obozowe życie sprowadzała się do pytań: A głodny nie byłeś? Zimno ci było? Na swoje szczęście spotkałem księdza Jana Zieję. Podczas spowiedzi usłyszałem jedne z ważniejszych słów w życiu. „Bóg chciał, żebyś przeżył - powiedział do mnie. - Nie lituj się nad sobą, bądź świadkiem prawdy. Wokół ciebie cierpią ludzie. Otwórz oczy. Czy wiesz, co dzieje się w getcie?".

- Wstąpił Pan do konspiracji. Przemycał do getta, co było potrzebne: jedzenie, ubrania, listy. Ryzykował Pan życie.

- Przez moje ręce przechodziły podrobione papiery, kenkarty, zaświadczenia, które pomagały ratować ludzi z getta. Przestępstwem było też posiadanie broni, ulotek, za to trafiało się do więzienia, obozu. Skoro w gruncie rzeczy za wszystko grozi kara śmierci, to chcę mieć pewność, że poniosę śmierć za dobrą sprawę. Zanim umrę, coś jeszcze zrobię, myślałem.

- Większość jednak zapewne nie podejmowała żadnego ryzyka, żadnej niebezpiecznej działalności. Taka postawa też była przecież możliwa.

- Ja tak nie potrafiłem. Widzi pani, życie za wszelką cenę to hańba. Odczułem to, zanim jeszcze trafiłem do Auschwitz. W październiku 1940 roku na ulicy przeżyłem łapankę. Chudy, wysoki, z wydatnym nosem zostałem uznany za Żyda. Policjant niemiecki krzyknął do mnie: „Komm, Jude". Chłopak obok mnie pokazał na szyi Matkę Boską. „Ja nie jestem Żydem" - mówił łamanym niemieckim. Dla mnie to był sprawdzian. Choć nie byłem Żydem, do głowy nie przyszłoby mi wymachiwać medalikiem, bo nie do pomyślenia było, żeby Niemiec segregował nas według tego, co nosimy na szyi, w kogo wierzymy. Kiedy chodzi o godność ludzką, nie zawiera się kompromisów.

- Przeżył Pan wojnę w konspiracji, a już w 1946 znów trafił do więzienia.

- Patrzyłem na śledczych jak na wariatów. Ja szpiegiem? Nie pracuję w żadnej instytucji wojskowej, politycznej, nie mam dostępu do dokumentów. I nie mam aparatu fotograficznego. Proponowali: Przyznajcie się, to porozmawiamy o lepszej przyszłości. Wzruszałem ramionami. W maju 1952 roku skazano mnie na osiem lat za szpiegostwo. Czy prawdziwego szpiega skazuje się po kilku latach śledztwa tylko na osiem lat?

- Jako minister spraw zagranicznych powtarzał Pan, że właśnie w esbeckim więzieniu nauczył się Pan dyplomacji.

- Bo to była szkoła dyplomacji. Siedziałem na przykład w latach 1950 -1951 w celi z gestapowcem Erichem Engelsem i paulinem, ojcem Kajetanem Raczyńskim. Tygodniami jedliśmy, spaliśmy i używaliśmy wspólnego kibla z przeorem i esesmanem. Nie skakaliśmy sobie do oczu. W ko­munistycznym kryminale, jak w każdym innym, jest jeden wybór: być człowiekiem albo świnią. Prosty podział: kaci i ofiary. Nie miałem dylematu, po czyjej być stronie.

- Tyle ważnych chwil spędził Pan z dala od domu. Dziewięć razy obchodził Pan za kratami Boże Narodzenie, urodziny. Jak Pan sobie radził?

- Na tyle, na ile pozwala rzeczywistość. W 1947 na przykład w stuosobowej celi na Mokotowie świętowaliśmy Boże Narodzenie w podgrupach, dzieląc się jedzeniem z paczek. Nie zapomnę nigdy 60. urodzin w ośrodku internowania w Jaworzu w 1982 roku. Spędzałem je w doborowym towarzystwie: Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Stefan Niesiołowski, Wiktor Woroszylski, Andrzej Szczypiorski. Usłyszałem wtedy wiele poruszających słów. I śmiesznych jak ten krótki wierszyk Janusza Szpotańskiego: „Nie pomoże moc Zomozy, cala przemoc i potęga, bowiem nawet w środku kozy Bartoszewski tęgo gęga".

- Czy dla syna byt Pan bohaterem?

- Nie rozmawialiśmy przy nim o moich więziennych doświadczeniach. Kiedyś, spacerując obok Pałacu Mostowskich, siedziby UB, mój 6-letni wtedy syn zapyta! nagle: „Czy tata tu siedział?". A ja zgodnie z prawdą: „Tata tu nie siedział". „Ale tata siedział?". „Tak, ale tu nie siedział". Musiał usłyszeć od kolegów na podwórku, że pałac to mało przyjazne miejsce. Mój syn praktycznie wychowywał się osobno, podobnie jak ja, szybko stał się samodzielny. Sam poświęcałem mu nie za wiele czasu. Jednak w naszym domu bywali ludzie różnych poglądów, co zapewne wpłynęło na niego. To byli dobrzy ludzie, żadni cwaniacy ani sługi reżimu. Miał okazję się poprzyglądać.

- Jest Pan człowiekiem rodzinnym? Okazuje ciepło najbliższym?

- Chyba nie mam czasu być ciepłym człowiekiem (śmiech). I nie opowiadam zbyt wiele o rodzinie. Syn Władysław pochodzi z pierwszego małżeństwa, moja pierwsza żona od wielu lat nie żyje. Syn obronił doktorat w Cambridge, za granicą spędził 17 lat. Inteligentny mężczyzna, z dużą wrażliwością historyczną, pracował w brytyjskiej firmie konsultingowej, mieszka z żoną Kanadyjką i trzyletnią córeczką w Warszawie. Ja jestem żonaty po raz drugi. Mam żonę w odpowiednim wieku, jest ode mnie kilka lat młodsza, żadnej sensacji. Wykształcona polonistka z UW, z zawodu redaktor wydawniczy w PlW-ie. Dzielnie walczyła z cenzurą, wydając m.in. prace Jasienicy. Pracowała do momentu usunięcia w trybie nagłym w czasie stanu wojennego. Do pracy zawodowej nie wróciła. Wiodła życie bez blichtru.

- Jak wyglądała Państwa codzienność?

- Radością było wspólne wyjście do teatru, w późniejszym okresie podróże. Mieliśmy podobne zainteresowania książkowe. Moja żona przyczyniła się do opracowania ważnych dla mnie publikacji jako współautor i pierwszy cenzor. Wyszukiwała informacje, przepisywała, redagowała to, co pisałem. Gdyby była biologiem albo chemikiem, nie byłoby między nami tego styku tematycznego. Poza tym jednak zawsze deptano mi po piętach, więc żona nie miała spokoju. Obserwacja domu, radiowóz zaparkowany za rogiem, przepytywanie ludzi, przesłuchiwania znajomych. Pamiętam urlop w Zakopanem. Idziemy z żoną po Krupówkach, a za nami jacyś spoceni faceci wyginają się, fotografują. Standard.

Ciąg dalszy – część IV

 

środa, 20 czerwca 2007, wbartoszewski

Polecane wpisy

  • To nie mój styl, żeby się kłócić z sąsiadami

    “Dziennik” (Warszawa) Nr 273 / 22. 11. 2007 r. Jędrzej Bielecki: Jako sekretarz stanu w kancelarii premiera ma pan zajmować się rozwiązaniem najpowa

  • Meserszmit o kobietach (I)

    “Gala” (Warszawa) Nr 46-47 (306) / 12.-25. 11. 2007 r. LAUREAT RÓŻY RÓŻ: Władysław Bartoszewski - Ma 85 lat i tak imponujący życiorys, że nie musi o

  • Meserszmit o kobietach (II)

    “Gala” (Warszawa) Nr 46-47 (306) / 12.-25. 11. 2007 r. PIOTR MUCHARSKI: Kiedy pracował pan już w wolnej Polsce jako minister spraw zagranicznych, m