© Władysław Bartoszewski
Warszawa 2006-2016
All rights reserved

Administracja serwisu:
Mariusz Kubik

Stowarzyszenie Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego

Stowarzyszenie RWE im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego / www.wolnaeuropa.pl



Materiały - zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki, zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).


Blog > Komentarze do wpisu
Bartoszewski bój się Boga! (II)

 

„Twój Styl” (Warszawa)

Nr 5 (202) / maj 2007 r.

 

- A dom rodzinny? Czy zapamiętał Pan jakąś szczególną lekcję, której udzielili Panu rodzice?

- Na przykład taką, że nie ma złych i dobrych narodów, a mój kraj nie jest lepszy od innych. I że wszyscy ludzie zasługują na szacunek. Kiedy w połowie lat 30. w Warszawie ujawniły się ostro nastroje antyżydowskie, ojciec denerwował się: „Władku, nieważne, czy Żyd, czy Turek. Ważne, żeby był uczciwy". Zresztą ja miałem w dzieciństwie przedszkolnym niemal wyłącznie żydowskich kolegów, w tej części miasta goje właściwie nie mieszkali. Rodziny żydowskie bywały u nas w domu, znalem wiele zwrotów w jidysz.

- Pan - idealista i ojciec - twardo stąpający po ziemi bankowiec. Czy z tej konfrontacji coś dla Pana wyniknęło?

- Ojciec był dużo poza domem, dziś mówi się o takich ludziach pracoholicy. Zrobił karierę. Dla syna chłopskiego posada wysokiego urzędnika Banku Polskiego była nie lada osiągnięciem. Miałem co jeść, w co się ubrać, dobrze się uczyłem, czyli wszystko w porządku. Moim wychowaniem prawie się nie zajmował, ale rzeczywiście dawał mi co pewien czas wskazówki, które były rozsądne. Na przykład: „Nigdy niczego nie podpisuj lekkomyślnie" - mówił. Typowe myślenie bankowca. Albo: „Nikomu i od nikogo nie pożyczaj pieniędzy". Do dziś nie mam zadłużenia. I przede wszystkim słowa, które kształtowały moją postawę: „Synku, nie kłam. Kto kłamie, może ukraść. A kto kradnie może zabić". Traktował mnie po partnersku. Ufał. Dając 10-latkowi kieszonkowe, uprzedził: „Wydaj, na co chcesz, ale zapisuj, ile na kino, a ile na książki. I się zastanów".

- I na co Pan wydawał?

- Lubiłem pójść do kina. Na Flipa i Flapa na przykład. Znaczną część kieszonkowego wydawałem jednak w księgarniach. Kiedy byłem trochę starszy, żartowałem, że chciałbym się ożenić z córką słynnych wydawców, żeby mieć nieograniczony dostęp do książek. Byłem księgolubem, wręcz księgożercą. Nie wyobrażałem sobie dnia bez książki. Raz były to dzieła Moliera, a zaraz potem Rodziewiczówna, kolejne tomy Karola Maya czy Jacka Londona. Czytałem nałogowo. Obsesyjnie.

- Czy Pana rodzice nie martwili się tą obsesją?

- Nie sprawiałem im kłopotu, ale rzeczywiście, nie miałem typowych dla moich rówieśników wyskoków natury rozrywkowej. Nie interesowały mnie zabawy, nie chodziłem na ślizgawkę, w piłkę nic grałem. Spacery? Nuda. Tylko czytałem, przez co wyprzedzałem kolegów intelektualnie, ale społecznie byłem odrobinę niedorozwinięty.

- Dziewczęta Pana interesowały?

- Miałem sympatyczne koleżanki, ciekawiły mnie, to prawda. Matka wychowała mnie w poczuciu wielkiego szacunku dla kobiety.

- Czy Pana matkę można nazwać feministką?

- Była nieświadomą feministką, kobietą samodzielną, dzielną, pracującą. Pochodziła z zubożałego ziemiaństwa, które przeniosło się do miasta. Okoliczności życiowe i materialne zmusiły ją do tego, żeby po zakończeniu szkoły średniej przejść kursy i zacząć pracować. Była księgową w elektrowni miejskiej. Na co dzień zajmowały się mną głównie niańki, bo mama wracała po południu. Bardzo jej zależało na moim wychowaniu. Prywatne katolickie gimnazjum miało zapewnić mi wszechstronną opiekę, której ona, jako kobieta zapracowana, dać mi nie mogła. Podziwiałem ją. Wydawała mi się najpiękniejszą kobietą na świecie.

- Bohater czy dżentelmen, na taki temat pisał Pan w gimnazjum wypracowanie. Dostał Pan piątkę. Chciał Pan zostać bohaterem?

- W wieku 13 lat? Wydało mi się, że nie można zaplanować kariery bohatera. Napisałem za to, że można próbować być dżentelmenem. Jednak moje losy wielekroć uniemożliwiały mi to, bo trudno mówić o dżentelmeńskich pogawędkach na przykład w niewoli.

Ciąg dalszy – część III

środa, 20 czerwca 2007, wbartoszewski

Polecane wpisy

  • To nie mój styl, żeby się kłócić z sąsiadami

    “Dziennik” (Warszawa) Nr 273 / 22. 11. 2007 r. Jędrzej Bielecki: Jako sekretarz stanu w kancelarii premiera ma pan zajmować się rozwiązaniem najpowa

  • Meserszmit o kobietach (I)

    “Gala” (Warszawa) Nr 46-47 (306) / 12.-25. 11. 2007 r. LAUREAT RÓŻY RÓŻ: Władysław Bartoszewski - Ma 85 lat i tak imponujący życiorys, że nie musi o

  • Meserszmit o kobietach (II)

    “Gala” (Warszawa) Nr 46-47 (306) / 12.-25. 11. 2007 r. PIOTR MUCHARSKI: Kiedy pracował pan już w wolnej Polsce jako minister spraw zagranicznych, m