© Władysław Bartoszewski
Warszawa 2006-2017
All rights reserved

Administracja serwisu:
Mariusz Kubik

Stowarzyszenie Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego

Stowarzyszenie RWE im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego / www.wolnaeuropa.pl



Materiały - zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki, zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).


Blog > Komentarze do wpisu
Bartoszewski bój się Boga! (I)

 

„Twój Styl” (Warszawa)

Nr 5 (202) / maj 2007 r.

Patriotyzm jest dla mnie jak powietrze, powtarza. Ciągle w biegu, Bo jego patriotyzm wymaga nieustannego działania, naprawiania, zabierania głosu, Żołnierz, więzień, naukowiec, dziennikarz, polityk, dyplomata, Właśnie skończył 85 lat. I nie zwolnił tempa, „Twojemu STYLOWI" opowiada o swoich życiowych wyborach i o tym, ze „warto" nie znaczy to samo co „opłaca się".

 

Profesor do gabinetu nie wchodzi. Wbiega. Wysoki, nieco zgarbiony, z teczką i reklamówką w ręku. Wszystko robi błyskawicznie. Jednocześnie przestawia kwiatek („Przesunę doniczkę, żeby nie zasłaniać gościowej") i spryskuje się wodą kolońską („Żeby przy damie przyzwoicie pachnieć"). Pod nosem mruczy słynne: „Bartoszewski, bój się Boga, ty zwariujesz". Na uporządkowanym biurku herbata i cztery saszetki cukru, sterta poczty. Profesor niecierpliwie rozrywa koperty. Przesuwa okulary na czoło: - Te nie są do czytania. Instytut taki i taki, to teraz dajmy spokój, zrzeszenie, to na później, urząd miasta... Cholera, co to jest, może zrobili mnie prezydentem miasta, a ja nic o tym nie wiem. O nie, tylko gratulują rocznicy. To co? Jakaś utopia. Rodzice z pewnej szkoły chcieliby ze mną rozmawiać o życiu. No wspaniale. Ale chyba dopiero w życiu pozagrobowym. Teraz już pewnie nie zdążę. Miła pani, ja już się rozbieram, czyli zdejmuję zegarek. Proszę pytać.

„Twój STYL”: - Podobno, gdy skończył Pan 23 lata, mówił, że ma doświadczenie stulatka. Na ile Pan czuje się dziś?

Władysław Bartoszewski: - O, byłbym już dawno rekordzistą wszechświatowym, ale przestałem liczyć. Po prostu przyszło mi należeć do pokolenia żyjącego w dwóch systemach ucisku. Nigdy nie wybierałem sobie tej drogi. Kto wie, jakim byłbym człowiekiem, gdyby nie wojna. Lepszym? Gorszym? W swoim 85-letnim życiu 50 lat spędziłem w kraju niesuwerennym. Kiedy miałem 17 lat, wybuchła wojna, a suwerenność odzyskaliśmy dopiero po 1989 roku. Szczerze mówiąc, nie marzyłem nawet, że będę tak długo żył ani że dożyję wolnej Polski. Spotkało mnie więcej, niż marzyłem. Pyta pani, na ile czuję się lat? Jestem po prostu szczęśliwym wesołym staruszkiem.

- Przecież nie wybiera się Pan na emeryturę. Tak powiedział Pan w wy­wiadzie księdzu Bonieckiemu.

- Ależ ja jestem emerytem! Tylko takim, który ciągle próbuje nowych zawodów. W wieku 68 lat zostałem dyplomatą, ambasadorem. Ministrem, mając 73, senatorem - 75, ministrem po raz drugi - 78. Trudno powiedzieć, że to spokojna emerytura.

- Jeśli to emerytura, wygląda niecodziennie. Zazwyczaj na tym etapie życia ludzie zwalniają tempo, zajmują się sobą, spotykają z przyjaciółmi...

WB: W czasie wojny przyjaźniłem się z autorytetami i mistrzami starszymi o pół generacji. Stąd dziś moi przyjaciele to ludzie na cmentarzach. Kiedy umarł Nowak-Jeziorański, pomyślałem: „Teraz właściwie już nie mam przyjaciół”. To dla mnie, 85-latka, katastrofa. Poza tym - Bartoszewski, bój się Boga - nie mam czasu. Ja już nie mogę kroczyć, muszę biec. Dlatego chcę przyjaźnić się z młodymi. Kiedy na spotkanie ze mną przychodzi półtora tysiąca studentów, to dla mnie honor większy niż order.

- A dla nich jest Pan autorytetem. O co najczęściej pytają ludzie młodsi od Pana o 60 lat?

- Na przykład o rozbieżność terminów „warto" i „opłaca się". Trudno powiedzieć, czy miłość do rodziców, rodzeństwa, współmałżonków, dzieci, czy miłość bliźniego i w ogóle zachowywanie przykazań bożych „opłaca się". Są jednak niewątpliwą wartością, tłumaczę. Dla mnie różnica jest jasna. Ale jestem uprzywilejowany, los dał mi niezwykły dar: zawsze widziałem wyraźną granicę między dobrem a złem. I nigdy nie zapomniałem zadać sobie pytania, czy postąpiłem słusznie.

- To recepta na przyzwoitość?

- Zaryzykowałem kiedyś twierdzenie: Jak ktoś już się urodził człowiekiem, to łatwiej być porządnym człowiekiem niż świnią. Ja po prostu starałem się być przyzwoitym człowiekiem jak wiele innych osób z mojego pokolenia.

- Skąd się to bierze? Czy Pana pokolenie tę wrażliwość wyniosło z domu?

- I ze szkoły. Mieliśmy wspaniałych nauczycieli. Często dzieliły ich poglądy, ale najważniejsza była misja nauczania i wychowania nas na porządnych ludzi. Uczyła mnie warszawska elita nauczycieli. Darzyłem ich szacunkiem. Dla mnie, młodego chłopaka, starszy człowiek był wzorem. „On jest ode mnie mądrzejszy, mogę się czegoś od niego nauczyć" - myślałem. A nie: „Co mnie będzie pouczał wapniak". Pamiętam, że byłem dobry z przedmiotów humanistycznych, ale z arytmetyki słaby. Mojego matematyka Witolda Sosnowskiego spotkałem potem w Oświęcimiu. Ciągnęliśmy razem walec drogowy i on, wychudzony, w marnej formie, zapytał: Władku, czemuś ty się tej matematyki nie uczył? Nie mogłeś czy nie chciałeś? Jakaż to postawa nauczyciela, który w obliczu zagrożenia życia pyta, czy spełniał swoje obowiązki!

- Wspomniał Pan kiedyś, że dyrektor Pana szkoły własnymi pieniędzmi wspierał pasję uczniów.

- Dyrektor naszego gimnazjum, ksiądz Archutowski kupił mi dzieła Prusa, wiedząc, jak zaczytuję się jego twórczością i jaki to dla mnie ważny pisarz. Sukcesywnie oddawałem mu w ratach z kieszonkowego.

- Czy to dlatego, że powieści Prusa były częścią szkolnego wychowania patriotycznego?

- Nic. O patriotyzmie nie trzeba było mówić. Nim się w szkole oddychało. Każdy uczniak wiedział, że wartości: Bóg, honor, ojczyzna, są niepodważalne. Skoro kocha się rodzinę, ojca, matkę, a ojczyzna to matka, dlaczego mielibyśmy zaniedbać jej interesy? Bo patriotyzm to poczucie więzi. Ma swoje źródło w miłości. Jesteśmy chrześcijanami. I nawet jak ktoś nie wierzy w Boga, zetknął się z przykazaniem „miłuj bliźniego swego". W szkole nauczono mnie podstaw tego, co dziś nazywamy społeczeństwem obywatelskim - szlifowanie kamyków do wielkiej mozaiki, która złoży się na pełny obraz. Te kamyki to nasz udział.

Ciąg dalszy – część II

środa, 20 czerwca 2007, wbartoszewski

Polecane wpisy

  • To nie mój styl, żeby się kłócić z sąsiadami

    “Dziennik” (Warszawa) Nr 273 / 22. 11. 2007 r. Jędrzej Bielecki: Jako sekretarz stanu w kancelarii premiera ma pan zajmować się rozwiązaniem najpowa

  • Meserszmit o kobietach (I)

    “Gala” (Warszawa) Nr 46-47 (306) / 12.-25. 11. 2007 r. LAUREAT RÓŻY RÓŻ: Władysław Bartoszewski - Ma 85 lat i tak imponujący życiorys, że nie musi o

  • Meserszmit o kobietach (II)

    “Gala” (Warszawa) Nr 46-47 (306) / 12.-25. 11. 2007 r. PIOTR MUCHARSKI: Kiedy pracował pan już w wolnej Polsce jako minister spraw zagranicznych, m