© Władysław Bartoszewski
Warszawa 2006-2017
All rights reserved

Administracja serwisu:
Mariusz Kubik

Stowarzyszenie Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego

Stowarzyszenie RWE im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego / www.wolnaeuropa.pl



Materiały - zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki, zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).


Blog > Komentarze do wpisu
Nie wstydzę się niczego, co napisałem (II)

„Dziennik Zachodni” (Katowice)

Nr 274 / 24. 11. 2006 r.

- W swoim blogu napisał pan: „Napisałem sporo rzeczy lepszych i gorszych, ale źródłem prawdziwej satysfakcji jest dla mnie, że nie muszę się niczego, co napisałem, wstydzić, albo marzyć, aby zapadło się pod ziemię.” Nie wiem, ilu wspaniałych dziennikarzy stać na takie wyznanie.

- Mimo to myślę, że w pańskim pokoleniu takie wyznanie nie jest wielką sztuką. Ale w moim pokoleniu, które weszło w życie zawodowe w warunkach ograniczenia swobód, cenzury państwowej, układów redakcyjnych, biura prasy Komitetu Centralnego PZPR i innych instancji tego typu, to wyznanie rzeczywiście wydawać się może niezwykłe.

- Jak pan tego dokonał?

- Miałem trochę szczęścia. Powiem przewrotnie: najbardziej pomogło mi, że prawie cały stalinizm przesiedziałem. Bo ja wyszedłem z kryminału dopiero po śmierci Berii. Czyli w warunkach, kiedy zaczęło się przecierać na nieboskłonie. A będąc w więzieniu, miałem wybór tylko taki: albo być przyzwoitym, normalnym więźniem politycznym, albo być świnią. Albo byłem z "nami" albo z "tamtymi". Zresztą "oni" sami stworzyli taki system - mordując ludzi, zamykając ich w więzieniach, skazując na śmierć - żeby dla przyzwoitego człowieka nie było innego wyboru. Trzeba było zachowywać się solidarnie. Zatem łatwo było wtedy właściwie wybrać.

- Taki trudny czas, a pan mówi: łatwo było.

- Nie wiem w każdym razie, czy zdołałbym zachować to dziewictwo, gdybym był w zawodzie pod codziennym naciskiem ze strony wrogów. A tak? Po prostu nie robiłem świństw i już. I uważam to za całkowicie normalne.

- Ale w końcu wyszedł pan z wiezienia i trafił w normalne, pełne pułapek, otoczenie.

- Gdy wyszedłem z więzienia, uznano mnie w 1955 roku za niesłusznie skazanego, czyli należałem do tej grupy tzw. pokazowych, których uznano za niesłusznie skazanych. Dano mi możliwość powrotu do pracy w prasie. Ale ja się bałem, że wplątają mnie w jakieś rządowe pismo, w którym będę podlegał wszelkim rygorom. Zgodziłem się na jedno: zaczepiłem się na 3,5 roku w ilustrowanym tygodniku historyczno-architektonicznym pod tytułem "Stolica". W redakcji było 28 osób, z czego członków partii - jeden. Czyli redaktor naczelny, typowy leniwy partyjny, któremu nic się nie chciało robić. Oczywiście, gdy ja zacząłem trochę działać, coś pokrzykiwać, to mnie natychmiast wyrzucili. Potem już nigdy nie pracowałem w mediach politycznych, bo następnym moim prawdziwym szefem był Jerzy Turowicz.

- Rozumiem, że w swojej karierze miał pan poczucie represjonowania za słowo. Wrócę tu na chwilę do 15 listopada 1946 roku, gdy aresztowana pana za działalność w PSL-u. Nie bał się pan pisać w „Gazecie Ludowej” - organie PSL-u - szkiców o Polskim Państwie Podziemnym?

- Takie poczucie miałem, oczywiście. Ale w 1946 roku byłem właściwie bardzo zadowolony, że zostałem zatrzymany. Bo zaaresztowano mnie za legalną działalność w legalnym piśmie, które było organem partii urzędującego wicepremiera. Tak naprawdę więc w ten sposób udało się odwrócić uwagę władzy od innych rzeczy, które miałem za uszami. Ale nie byłem ani pierwszym, ani ostatnim czynnie zawodowo dziennikarzem, który został aresztowany. Trzeba pamiętać, że wtedy działałem w partii (PSL-u) w pionie wydziału prasy, jeździłem więc po wsiach i wygłaszałem płomienne mowy. Wołałem do ludzi z odpowiednim naciskiem na pierwsze słowo: „Wszystko, co tu widzicie, zawdzięczacie wyłącznie Związkowi Radzieckiemu!" I tłum wył, czując ironię. Gdy mnie zamknęli, mieli mi to za złe. Pytali: "Jak pan mógł mówić tym tonem?" A ja na to: "Przepraszam, ale nie jestem muzykalny." Dostawałem w mordę, ale od tego się przecież nie umiera.

- Podobno nie lubi pan pytania o to, jak być w życiu przyzwoitym. Bo wszyscy o to pana pytają. Dlatego zapytam, jak być przyzwoitym dziennikarzem?

- Myślę, że w warunkach wolnego rynku wykonywanie tego zawodu utrudniają inne niż za moich czasów rzeczy - np. konkurencja. Mnie życie utrudniała szereg lat cenzura, czyli „oni". Naszą ambicją było wtedy przebić się z oryginalniejszym sposobem relacjonowania rzeczywistości. Ale wracając do dzisiejszych czasów: myślę, że zawsze trzeba starać się konkurować z kolegami kwalifikacjami i umiejętnościami. Nie podpierać się dopingiem i nie podkładać nogi.

Rozmawiał: Marek Twaróg

 

wtorek, 05 grudnia 2006, wbartoszewski

Polecane wpisy