© Władysław Bartoszewski
Warszawa 2006-2016
All rights reserved

Administracja serwisu:
Mariusz Kubik

Stowarzyszenie Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego

Stowarzyszenie RWE im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego / www.wolnaeuropa.pl



Materiały - zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki, zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).


Blog > Komentarze do wpisu
Nie wstydzę się niczego, co napisałem (I)

„Dziennik Zachodni” (Katowice)

Nr 274 / 24. 11. 2006 r.

DZIENNIK ZACHODNI: Panie profesorze, czy mogę do pana zwracać się panie redaktorze?

WŁADYSŁAW BARTOSZEWSKI: Może pan, aczkolwiek jest to w tej chwili ponadformalny tytuł. Jestem członkiem zespołu "Tygodnika Powszechnego", a ponieważ moje nazwisko zaczyna się na "b" to nawet w stopce jestem w dobrym miejscu.

- Zatem, panie redaktorze...

- ...ale nie biorę udziału w redagowaniu pisma już od dość dawna.

- Był to jednak pana pierwotny zawód. Fascynuje mnie pana wczesna działalność dziennikarska.

- No tak, to był zawód, który wykonywałem i z którego żyłem. Ale na dobrą sprawę przestałem go wykonywać wraz z początkiem stanu wojennego. To znaczy z chwilą internowania. Akurat 25-lecie tamtego wydarzenia teraz nadchodzi. Ech, pamiętam to internowanie - siedziałem wtedy z ludźmi ze Śląska m.in. z Walerianem Pańką. Zatem po internowaniu do prasy w zasadzie już nie wróciłem. Pisywałem do różnych pism, ale w żadnej mierze nie było to źródłem mojego zarobkowania.

- Dziś, gdy rozmawiamy sobie spokojnie, trudno wyobrazić mi sobie pracę dziennikarza np. w 1942 roku. A wtedy był pan sekretarzem miesięcznika "Prawda". Albo potem - gdy redagował pan organ AK "Biuletyn Informacyjny".

- Pracowałem w prasie tajnej. Wtedy nie było żadnego dziennikarza w takim sensie, w jakim rozumiemy ten zawód dzisiaj. Jak ktoś pisał do prasy tajnej, a pisało wiele osób o różnych zawodach - byli to byli nauczyciele, politycy, radni miejscy, działacze organizacji społecznych, harcerze - to mógł być uważany za dziennikarza. Prawda jest taka, że pisali ci, którzy po prostu umieli pisać. Ja zacząłem moją pracę piórem w katolickim środowisku skupionym wokół znanej bardzo w bielsko-bialskim regionie Zofii Kossak. Przyznam zresztą, że - poza książkami Gustawa Morcinka, które czytałem będąc uczniem gimnazjum - całe moje wiadomości o Śląsku czerpałem właśnie z tego środowiska. Tak czy inaczej - spotykałem na swojej drodze wiele osób związanych ze środowiskiem dziennikarskim. 

- I to dzięki ludziom, którzy byli obok, postanowił pan być dziennikarzem?

- Przyznaję, że moim zamiarem przedwojennym było uprawianie dziennikarstwa. Mówiłem o tym mojej rodzinie, chciałem studiować coś z humanistyki i szkołę dziennikarską. Ironia losu sprawiła, że ze szkołą dziennikarską zetknąłem się w specyficzny sposób. Moim szefem mianowicie w Mikojałczykowskiej "Gazecie Ludowej" był Witold Giełżyński, który przed wojną był jakiś czas rektorem Wyższej Szkoły Dziennikarskiej (to był ojciec znanego dziś powszechnie Wojciecha Giełżyńskiego).

- A jak ważna była wtedy - w czasie wojny - praca dziennikarza? Informacja?

- Niezależnie od mojego poczucia wagi pracy, którą wykonywałem - a każdy człowiek, a już na pewno młody mężczyzna zawsze bardzo chce być motywowany w sposób sensowny - z pewnością prasa odgrywała wtedy ważną rolę. Jednak gdy porównamy sytuację Polaków na Wschodzie, sytuację Polaków w Reichu, to tylko w Generalnym Gubernatorstwie sieć tajnej prasy była tak bardzo rozbudowana. Mówię to nie tylko na podstawie własnych obserwacji, ale na podstawie później uzyskanych wiadomości od ludzi z innych terenów. W GG istniały w miarę sprzyjające warunki do rozwoju prasy. Nasycenie elementem wrogim było tam dużo mniejsze niż gdzie indziej - Niemcy stanowili np. w Warszawie (nie mówię o garnizonach wojskowych) grupę liczącą 20 tysięcy, a całe miasto miało nawet milion mieszkańców. Zatem sytuacja prasy rzeczywiście nie była taka zła. W praktyce więc Polacy, którym los dał przeżywanie wojny w GG, wiedzieli dużo więcej o tym, co się działo na świecie, niż Polacy żyjący w Katowicach, Poznaniu, Łodzi czy Bydgoszczy. Około połowy znanych tytułów prasy tajnej - 600-700 - ukazywało się w stolicy i regionie warszawskim.

- Bo, jak rozumiem, tam też można było łatwiej uzyskać informacje.

- Tak, tu były centrale przeróżnych organizacji, tutaj też skupiały się źródła uzyskiwania informacji. Prasa, która wychodziła w GG, była niewątpliwie bardzo warszawocentryczna. Źródła informacji prowadziły przez centralne kanały kontaktów z rządem polskim i dowództwem za granicą. 

Ciąg dalszy - część II

Władysław Bartoszewski w Sosnowcu (22. 11. 2006 r.)            © Foto Olgierd Górny / "Dziennik Zachodni"

wtorek, 05 grudnia 2006, wbartoszewski

Polecane wpisy

Komentarze
2006/12/07 14:27:05
I to jest coś, czego Panu Profesorowi zazdroszcze najbardziej. Innymi słowy - chciałbym móc sie pochylic nad woimi czynami i słowami za 60 lat i powiedzieć - jest tak jak miało byc, nic nie skreślam.